Навигация

krastyo gorczewski
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  




 

 krastyo gorczewski

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar


11

21/07/2013

Trondheim, Norwegia
http://testowepotterowe.forumpl.net
Pisaniekrastyo gorczewski   Wto Sie 21, 2018 11:14 pm
Меня зовут
Krastyo Pavlovich Gorchevski



DATA URODZENIA: 15.04.1976 / NAZWISKO MATKI: Chekhova / WIEK: 23 lata
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Petersburg / STATUS KRWI: czysta
STAN MAJĄTKOWY: zamożny / ZAWÓD: pałkarz w Wodnikach z Newy / KORGORUSZ: krokodyl


ALCHEMIA: 5 / FAUNA I FLORA: 5 / LECZNICTWO: 7 / MAGIA KREATYWNA: 10
MAGIA ZAKAZANA: 0 / OKULTYZM: 10 / SIŁA: 25 / TRANSFIGURACJA: 5
WIEDZA MAGICZNA: 5 / ZAKLĘCIA I UROKI: 15 / SZCZĘŚCIE: 3 / TALENT: 10


Mam 23 lata i już niejedno na sumieniu. Ale jedynie dwóch rzeczy żałuję najbardziej.
Pierwszej już nigdy nie uda mi się naprawić. Nie pożegnam rodziców. Nie uścisnę ojcu dłoni na do widzenia, jak zawsze, kiedy wychodził do pracowni na cały dzień. Nie poczuję jego stwardniałej od nieustannej pracy skóry na swojej, kiedy zaciskał moje ręce we własnych; kiedy kładł mi dłoń na ramieniu; kiedy chwytał za kark, by przywołać mnie do porządku (co działało jedynie na krótką metę). Nie odgarnę z matczynego czoła kosmyka ciemnych włosów (które cała nasza czwórka po niej odziedziczyła), tego jedynego, który zawsze wymykał jej się ze schludnie upiętego koka. Nie usłyszę jej cichych kroków w przedpokoju, kiedy wieczorem, przed snem, sprawdzała, czy wszyscy jesteśmy już w łóżkach, ani jej głosu, kiedy przy śniadaniu opowiadała nam bajki na dzień dobry. Nie spojrzę im w oczy. Nie powiem przepraszam kolejny raz, by kolejny raz znów popełniać te same błędy. Nie poczuję na plecach karcącego spojrzenia za każdym razem, kiedy będę robił cokolwiek, co bym im się nie podobało. Nie obiecam, że doczekają się sprawiedliwości za to, co ich spotkało. Nie wiem nawet, kiedy ponownie uda mi się stanąć nad ich grobem – byłem tam tylko cztery razy: podczas pogrzebu; na urodziny matki; na urodziny ojca; podczas pierwszej rocznicy ich śmierci. Bo wtedy jeszcze sytuacja była świeża – wówczas często, w bardzo przypadkowych miejscach, z przypadkowymi ludźmi zaczynałem czuć swąd palonego mięsa, który w dniu pogrzebu był tak intensywny, że Katiusza z trudem dotrwała do końca ceremonii, i który wgryzł się w nas intensywnie, przeniknął na wskroś skórne pory, naznaczył nasze ubrania, twarze, organy, emanując później na zewnątrz wraz z losowymi wspomnieniami. Smród spalenizny towarzyszył mi przeszło rok. Dłużej, bo po dziś dzień śnię wciąż jeden i ten sam sen.
(Ogień.
Płomienne pola w mojej głowie. Hektary strawionej ziemi. Magmowe jeziora buchające lawą. Niekończące się trzaski. Swąd palonej skóry. Pomarańczowa łuna na północ od spokoju, na zachód od szczęścia. Wewnętrzne kieszenie bluzy ciężkie od rdzawej nienawiści. Gorycz z końca języka pazurami rozdzierająca, wyszarpująca drogę przez gardło do płuc, osiadająca na żebrach, tworząca niepomiernie pustą klatkę. Naturalny kocioł pełen rozgrzanej resztki powietrza. Czuję, jak przetacza się wewnątrz, jak formuje, chcąc wydostać najprostszą, najkrótszą z dróg, drążąc wyjście przez klatkę piersiową, rozrywając serce na atomy. Fale gorąca topią mi opuszki, szukając ujścia dla wzbierającej frustracji. Szkarłatna poświata chowa się za najodleglejszymi wzniesieniami, zostawiając po sobie rozdygotane żarem powietrze.
)
O ile w ogóle decyduję się na sen. Nikt nie pyta, jak udaje mi się funkcjonować. To wydaje się być aż nadto oczywiste.

Druga – cierpliwie czekająca na to, bym skreślił ją ze swojej jednopozycjowej listy „do zrobienia” – to, że pośród tych dziesiątek obitych przeze mnie ryjów nie znalazł się ten należący do Ivana Gorchevskiego.
Prawda jest taka, że mam problemy z panowaniem nad gniewem i z bezwstydną łatwością przychodzi mi popadanie w stan furii niemal ostatecznej. I kiedy ta prawda wychodzi na jaw, wszyscy, którzy mnie nie znają, zaczynają się dziwić – bo wcale nie wyglądam na kogoś, komu roztrzaskanie kilku kości i mebli pięścią albo pałką do gry w quidditcha jawi się jako perfekcyjne zwieńczenie serii problemów. Nie mam aparycji obijmordy, nie noszę się jak typ spod ciemnej gwiazdy, na pierwszy rzut oka nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby omijać mnie szerokim łukiem, bo często zwyczajnie mnie nie zauważają – z całego rodzeństwa jestem najniższy. Trener i drużyna odwalają kawał dobrej roboty, co rusz tuszując moje kolejne wyskoki i konsekwencje nie wzięcia na czas srebrianki, ale tak naprawdę w dupie mam to, czy krążące na mój temat plotki wreszcie kiedyś zostaną rozwiane i ujrzą światło dzienne w jednej z bardziej wiarygodnych gazet niż „Avoska”. Chyba nawet trochę mnie to bawi i dlatego staram się sprawdzać, jak daleko mogę się posunąć; jak bardzo nasi przeciwnicy zaczynają trząść się na samą myśl, że w nadchodzącym meczu nie zostanę posadzony na ławce rezerwowych. W kuluarach Rosyjskiej Ligi Quidditcha, jeszcze nim wstąpiłem do jakiejkolwiek poważnej drużyny, mówiło się, że jestem pretendentem do objęcia tytułu najgroźniejszego zawodnika XX wieku, o ile po zakończeniu nauki w Koldovstoretz nie porzuciłbym gry i kontynuował ją już jako zawodowiec, a nie amator. Obecnie nikt nie ma co do tego wątpliwości – zdeklasowałem Bélę Gárdonyi oficjalnie w rok po wstąpieniu do Wodników z Newy.
To był intensywny okres – dopiero wtedy wszyscy przekonali się, jak wiele żalu zbierało się we mnie od dnia pogrzebu. Sam byłem tym zaskoczony, tak mi się wydaje, chyba w ten sposób każdy odczytywał moje reakcje na tłumaczenie, skąd we mnie tyle agresji: jako zaskoczenie. Ale to też miałem zwyczajnie w dupie, nigdy nie szukałem i nie szukam usprawiedliwienia dla swoich czynów. To się dzieje. Jak podstawisz zapaloną zapałkę pod kartkę, trudno żeby ta nie zajęła się ogniem, co nie.
Potem wszystko nieco się uspokoiło, zacząłem nawet regularnie przyjmować srebriankę, chociaż szybko okazało się, że standardowe dawki nie wystarczają, a po niej niekoniecznie nie jestem w stanie funkcjonować. Emocjonalny rollercoaster napędzany dragami wszelkiej maści, wielkie mi coś. Zazwyczaj wystarczy, żebym miał czymkolwiek zajęte ręce, by nie doszło do katastrofy, dlatego zawsze noszę przy sobie kostkę Rubika i dlatego nadal, mimo że teraz już nie ma mnie kto szkolić, zajmuję się magiślusarstwem. Niektórzy uważają, że to jedynie wymówka, bym mógł maskować złodziejskie zapędy, ale każdy kto tak mówi, następny tydzień spędza na odbudowywaniu uzębienia. Wiele można mi zarzucić, nawet włamania, ale nigdy niczego nie ukradłem, chyba że liczyć ciastka z cukierni, z której pracuje Katiusza.
Podobno czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. I znów: chyba, że jest to Ivan Gorchevski, który swoją ośmioletnią nieobecnością rozjebał naszej trójce życie i przyczynił się do morderstwa.
Powrót do góry Go down
 
krastyo gorczewski
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: